– Grzeszysz
– powiedział po wymownej ciszy, łypiąc na mnie złowrogo i łącząc dłonie jak do
modlitwy, i unosząc je ku górze jakby z błagalną prośbą o jakiś znak. – Grzeszysz, dziecko, grzeszysz!
Milczałam,
nie odrywając oczu od pięknej mozaiki na oknie Kościoła. Gdy Wielebny w końcu
usiadł na ławce obok mnie, zabrałam głos.
– Nic innego
mi nie pozostało, Ojcze. Nic.
Miałam dwadzieścia jeden lat i pamiętam jak dziś, jak bardzo pragnęłam wyrwać
się z domu dziecka, mając zaledwie dziewiętnaście. Bo któż by zechciał
dzieciaka bliskiego dwudziestki, wkraczającego w to porypane życie z niezbyt
przyjemną przeszłością. Młode małżeństwa pragnęły małych dzieci, a nie
buntujących się nastolatków. Nie byłam nikomu potrzebna. Ani za dzieciaka, ani
jako nastolatka.
– A ja mimo
to wierzę, że John jeszcze wróci i zabierze cię ze sobą. – Na imię mojego
starszego brata aż zadrżałam. Zostawił mnie, jak tylko jakaś rodzina chciała tego uroczego chłopczyka w wieku
dziesięciu lat. Ja miałam zaledwie siedem. I jakoś nikt mnie nie adoptował.
John opuścił mnie ze swoją nową rodziną, ciesząc się nowym życiem. Rozdzielono
nas, bo lepiej było wydać jedno dziecko niż żadne. Odwiedzał mnie jednak, aż do
momentu, gdy skończył dwadzieścia jeden lat. Jego ostatnia wizyta odbyła się
pamiętnego dnia lata, kiedy to zamiast upału padał zimny deszcz. Na ulicach
było szaro i pusto. John przyszedł do mnie tylko po to, by oznajmić, że wstąpił
do wojska i musi odbyć rok solidnego szkolenia na Marsie. Rok później po prostu
zniknął z mojego życia, by ratować Galaktykę i sięgnąć po status komandora. Ale
obiecał, że wróci. Ja jednak nie miałam zamiaru dłużej czekać.
Historia
mojej rodziny jest bardziej porąbana, niż można przypuszczać. Dlaczego
wylądowaliśmy w domu dziecka? Mój ojciec był zasłużonym generałem w całej
galaktyce. To on pierwszy odkrył pradawne artefakty potężnej cywilizacji
protean, dzięki czemu ludzie mogli dołączyć do galaktycznej wspólnoty
inteligentnych ras. To mój ojciec, Sam Shepard, zasłynął z tak cudownego
odkrycia, mimo iż był żołnierzem. Za młodu wiele poświęcił nauce, później zaś
wstąpił do wojska, gdyż taka była wola jego dziadka. Z biegiem lat mianowano go
generałem wojsk Przymierza.
Moja matka
bardzo go kochała. Wprawdzie nie była nikim wyjątkowym na początku ich znajomości.
Poznali się na studiach, jeszcze na Ziemi. Ona była córką piekarza, a on synem
wyśmienitego naukowca. Pokochali się niemalże od pierwszego wejrzenia. I tak z
namiętności i wielkiej miłości, John przyszedł na świat, gdy mama miała
osiemnaście lat. Ojciec, starszy o cztery lata, już był w wojsku i szkolił się
na niepokonanego żołnierza. Był adeptem, podobnie jak jego żona. Po trzech
latach przyszła pora na mnie.
Carmen Jane
Shepard. Urodzona 11 kwietnia 2154 roku. Byliśmy szczęśliwą rodziną przez kilka
lat. Rok przed tym, jak wylądowaliśmy z bratem w domu dziecka, relacje między
moimi rodzicami zaczęły się psuć. Jak tylko ojca mianowano na generała, matka
oszalała. Robiła wszystko, by wejść w łaski Rady Cytadeli i stanąć na czele potężnego
zarządu. Nazwisko wiele jej w tym ułatwiło. Nie musiała się zbytnio starać, by zmanipulować
inne rasy i tak zasiadła jako kanclerz w Radzie. Cała reszta potoczyła się
szybko.
Pewnego
wieczoru zostaliśmy z tatą w domu, gdy moja matka, Sarah, negocjowała umowy z
Asari na Cytadeli. O godzinie 23:35, pamiętam jak dziś, obudziły mnie jakieś
hałasy. Później głuchy huk i krzyk przestraszonego Johna. Na czyjś rozkaz
zamordowano naszego tatę w jego własnym domu na oczach jego jedynego,
ukochanego syna. Sam konał w rękach Johna, prosząc go o jedno: by zajął się jego dziewczynką.
Tamtego dnia
pękło mi serce. Sąsiedzi powiadomili policję, natychmiast zjawiła się ekipa
mojego ojca, z którą pracował. Swoją obecnością zaszczycił nas również Admirał Steven Hackett, najlepszy przyjaciel taty. Matka uciekła. Pogrążona w żałobie,
po prostu spakowała swoje rzeczy i nas zostawiła, mamrocząc pod nosem
przeprosiny. Idealna bajka szczęśliwej rodzinki runęła jak domek z kart.
Natychmiast oddano nas do domu dziecka.
John znalazł
nowy dom, ja nie. Nasza mama nadal była kanclerzem, zapominając o nas na dobre.
Zmieniła również nazwisko na Waters i wyzbyła się swojej całej przeszłości, włącznie
z własnymi dziećmi. John nie dotrzymał obietnicy i nie zaopiekował się mną do
końca, tak jak prosił go ojciec. Rodzina Shepard rozpadła się i nic już z niej
nie zostało. Nic, poza nazwiskiem.
I
nienawiścią.
– John ma
swoje życie, a ja swoje, Ojcze – warknęłam. – Bycie szmuglerką wcale nie jest
proste, a ucieczka z domu dziecka przysporzyła mi tylko więcej kłopotów.
– Powinnaś
wstąpić do wojska. Z twoimi zdolnościami chcieliby cię od razu.
Moje
zdolności… nie byłam żadnym adeptem, prędzej szturmowcem, ale żaden ze mnie
biotyk. Miałam po prostu moc, którą dzieliły kolory. Czerwoną biotyką mogłam
zmusić drugą osobę do powiedzenia prawdy, mieszając jej w głowie. Zieloną
mogłam leczyć, niemal jak medycy ze swoimi umiejętnościami. Czarnym smogiem
byłam w stanie zabić. Kolory dzieliły moją osobowość. Wbrew pozorom to czerń
była najgorsza, bo moje alter ego mogło przejąć nade mną władzę, zawsze.
Wielebny, Carlos, próbował nauczyć mnie kontroli. To on pomógł mi przetrwać
piekło w domu dziecka, to on nauczył mnie, jak wielką mam moc, tłumaczył,
dlaczego dla wielu jestem dziwakiem. W jakimś stopniu zastąpił mi mojego ojca i
pokazał, że lepiej nie ulegać złej sile. Niestety, gdy wpadłam w ręce
szmuglerów, zła strona objawiała się częściej niż ta dobra. Byłam
pół-biotykiem, niebieska siła często towarzyszyła mi podczas walk ulicznych
gangów, za co moja grupa bardzo mnie kochała. Dzięki mnie byli w stanie wygrać
wszystko.
Dryfowałam
jak na tęczy. Błękit, czerwień, zieleń i czerń. Dwa plus dwa daje cztery.
Wszystko razem to jeden wielki minus. Byłam bronią w rękach tych, którzy
obiecali mi lepsze życie. Najgorsze jednak to, że nie wiedziałam, dlaczego
miałam w sobie tyle… dziwacznej energii.
– Nie
powinnaś się mieszać w szmuglerkę, dziecko – oponował Carlos. – Masz do
zaoferowania światu więcej niż to. W galaktyce mogłabyś być kimś.
– Mój brat
jest już kimś – opuściłam ciężkie,
czarne glany na marmurową posadzkę. Uwielbiałam siedzieć z podkurczonymi
nogami, Wielebny nigdy nie protestował, gdy kładłam buty na ławkę obok. Uważał,
że Dom Boży jest też naszym domem i możemy zachowywać się w nim tak jak u
siebie. Oczywiście bez przesady. – Lepiej zostawić jednego Sheparda. Dwóch to
już tłum.
– CJ… – wymamrotał
pod nosem, wiodąc za mną wzrokiem, gdy tylko zerwałam się z ławki i pognałam w
stronę wyjścia. CJ było pseudonimem, którego używał tylko Wielebny, i pomimo że
bardzo nienawidziłam tego skrótu moich dwóch imion, zawsze czułam się lepiej,
kiedy okazywał mi swoją troskę.
Na dworze
zawyły syreny policyjne. Stanęłam jak wryta tuż przed drzwiami kaplicy. Czułam,
jak moje mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa. Przez cztery lata policja nie była
w stanie mnie złapać. Uganiali się ze mną bezustannie, przesłuchiwali
wszystkich moich znajomych, robili wszystko, by mnie dorwać. Byłam
niebezpiecznym przestępcą. W wieku dziewiętnastu lat opuściłam dom dziecka i
pognałam w nieznane. Z Carlosem kontaktowałam się zawsze, bo tylko on był w
stanie udzielić mi schronienia, pomóc w najtrudniejszych chwilach słowem i
czynem. Nikt nigdy jednak nie skojarzył mnie z Carmen Jane Shepard. Po
opuszczeniu domu dziecka, Carmen przepadła. Jeśli John… gdyby John próbował
mnie odnaleźć, dowiedziałby się tylko, że jego młodsza siostra przepadła bez
śladu, a jakiś rok później dostałby informację o mojej śmierci, którą
upozorowałam. Jak umarła Carmen Jane Shepard?
Utopiła się. Jak udowodnili, że to ja? Podłożyłam swoje DNA. Proste,
nieskomplikowane, a John może teraz żyć z poczuciem winy, że to przez niego
Carmen się zabiła.
Moje włosy z
ognistej rudości zamieniły się w czerń. Pasma nie były już tak długie, nie
sięgały do pasa, stały się krótsze, ledwo muskały moje drobne ramiona. Oczy
zrobiły się kare, a nie zielone jak chwilę przed. Połowę mojej lewej twarzy
oblepił czarny tatuaż przypominający skrzydło ptaka, na ustach wyryły się
stare, białe blizny, które wyglądały jakby na zszyte, ale były to tylko blizny
po tym niby zszyciu. I właśnie to kochałam w mojej mocy. Mogłam być kim chcę,
zmieniając cały swój wizerunek w mgnieniu oka. Mogłam grać, jak mi się podobało
i nikt nie był w stanie rozpoznać we mnie Shepard. Niestety w skrajnych
wypadkach, gdy traciłam kontrolę lub byłam osłabiona, w wyglądzie mogło się coś
zmieniać. Oczy, włosy - wszystko. I to zawsze mogło kończyć się źle. Nie tylko
tym, że moja tożsamość wyszłaby na jaw, ale też przypłacałam za to zdrowiem,
często kończąc teatrzyk krwotokiem z nosa.
Drzwi
otworzyły się z hukiem, jaskrawy blask światła latarek oślepił mnie na moment.
Chwilę później, zza grupy uzbrojonych policjantów, coś na wzór tych z FBI,
wyłonił się dobrze zbudowany mężczyzna w wieku pięćdziesięciu lat o średnim
wzroście i śmiesznym kolorze włosów – czarnych, z dwoma białymi pasmami po boku
i na czubku głowy. Jego ciemne niebieskie oczy spoczęły na mnie. Wyjął z
kieszeni papierosa i trzymając go przez dłuższą chwilę w prawej ręce, mechanicznej,
zamyślił się.
Cały David Sarif,
pomyślałam.
–
Naprawdę nie spodziewałem się – powiedział, nie opuszczając swojego stanu
zamyślenia i przyglądaniu się papierosowi w ręce - że wrócisz na Ziemię tak
szybko. Czyżby na Palaven nie było żadnych kościołów i księży? – zaśmiał się
szarmancko, jak to miał w zwyczaju i taksował wzrokiem Carlosa, który właśnie
stanął tuż obok mnie.
Tak, byłam
największą szmuglerką na Ziemi, ale również i w Galaktyce. Łowcy głów zacierali
rączki na każdym kroku. Na Palaven wylądowałam przypadkiem, podczas jednej z
misji. Mieliśmy zwinąć jakąś pradawną broń. Traf chciał, że trafiłam w ręce SOC,
a turianinem, który się mną zajął, był niejaki Garrus Vakarian, jeden z oficerów.
Nie wiem dlaczego, ale puścił mnie wolno, wsadzając za kratki tylko moich
współtowarzyszy. Po wszystkim, gdy już wróciłam na Ziemię, dostałam od niego
wiadomość, w której zaznaczył, że ma mnie na oku i wcale nie odpuści. Dwa lata
po tym zdarzeniu, zostaliśmy przyjaciółmi, tylko dlatego, że zgodziłam się
pomóc w rozpracowaniu jednej grupy przestępczej, z którą miał spory problem od
wielu lat.
Podczas
wspólnej pracy nad tym śledztwem, zaczęliśmy się coraz lepiej poznawać. Wciąż
jednak śledził każdy mój krok. Nie ufał mi tak do końca. Podczas ostatniej
misji rozbrojenia ów grupy przestępczej, wpadłam w naprawdę wielkie
niebezpieczeństwo i poobijana nie byłam już nawet w stanie złapać za żaden
pistolet, a Garrus mnie uratował. Zaśmiałam się, że naprawdę jest moim
Archaniołem, bo to drugi raz jak ratuje mój tyłek.
I tak
zaczęłam go nazywać. Wtedy też poznał moje prawdziwe oblicze, gdyż nie
utrzymałam kontroli nad swoją przemianą. Oczywiście nie wiedział, kim jestem.
Gdy bandażował moje rany w moim domu-kryjówce, ja oglądałam wiadomości. Mój
brat został komandorem. Widząc moje poruszenie i nagły napad złości, a także
słysząc moje złowieszcze „ojciec byłby dumny, sukinsynu!”, nabrał podejrzeń.
Mimo że bardzo nie chciałam tego robić, tym bardziej, że, jakby nie patrzeć,
był oficerem SOC, był również moim jedynym przyjacielem, którego traktowałam
jak brata, musiałam wyznać mu prawdę. I kosztowało mnie to wiele, więc błagałam
go, by zachował moją prawdziwą tożsamość w tajemnicy. Upierał się przy swoim,
ale koniec końców dotrzymał słowa. Dzień później opuścił Ziemię bez pożegnania
i już się do mnie nie odezwał. I znowu zostałam sama.
– Czego
chcesz, David? – warknęłam, nie ukrywając mojej złości. Sarif pokiwał z
dezaprobatą głową. Nie lubił być ponaglany.
– Pora, abyś
wreszcie przestała się upierać i poszła z nami jak na grzeczną dziewczynkę
przystało.
– Nie kpij
ze mnie.
Sarif
kontynuował swoje nonszalanckie przekonywanie mnie, bym jednak uległa, ale nie słuchałam.
Moje zmysły wyłapały czyjąś obecność. Byłam w stanie naliczyć pięć osób na
dachu.
Płatni zabójcy –
pomyślałam, pewna swego.
David wciąż
gadał i gadał, i gadał, a niezidentyfikowani zabójcy przemieszczali się po
cichu. Po chwili jeden z załogi Sarifa przerwał jego wykład, wskazując lufą
karabinu szturmowego na dach. Szybcy są, naprawdę.
Nie
pamiętam, co stało się później, bo ktoś wrzucił przez okno granat odłamkowy.
Chaos to mało, aby opisać w jakikolwiek sposób, co się działo.
Załoga
Sarifa starała się kilkoro postrzelić, sam David gdzieś się schował, ja za to
kazałam Carlosowi trzymać się blisko mnie, bo wiedziałam, że przyszli po mnie.
W jak
wielkim byłam błędzie, przekonałam się niemal od razu.
– Suweren nie
jest zadowolony z twoich wyników, Rachel – usłyszałam za sobą czyjś głos.
Powoli odwróciłam się w stronę
napastnika, a w tym czasie reszta zabójców otoczyła mnie po cichu. Zamaskowany
mężczyzna dorwał Carlosa. Trzymał go w swoim szczelnym uścisku, przyciskając
ostry jak brzytwa nóż do jego krtani. Kiwałam głową z niedowierzaniem, nagle
ugięły się pode mną kolana, a w głowie kłębiło mnóstwo myśli.
Suweren był
maszyną. Żniwiarzem. Czymś, czego nie da się pokonać. Potrafił indoktrynować
kogo tylko zechce. I ja kiedyś uległam. Saren uległ. Każdy z nas był na jego
skinienie, niezależnie od rangi. Ja natknęłam się przypadkiem na pradawne
artefakty, kiedy jakiegoś razu miałam je wykraść z jednego z muzeów. Objawił mi
się, zmanipulował i w mgnieniu oka stałam się jego marionetką.
Pragnął mieć
mnie obok, bo byłam bronią. Niebezpieczną. Pozaziemską.
Pewnego
ranka walczyłam ze sobą, Rachel i ja nie chciałyśmy być częścią Suwerena,
znałyśmy jego plany dotyczące zniszczenia Ziemi i każdej innej planety w Galaktyce.
Musiałam skontaktować się z Sarenem. Byłam pewna, że on też czuje, iż maszyna
chce nas tylko wykorzystać. Niestety, ale nie posłuchał. Uważał, że wie, co
jest dobre dla niego i naszego świata, i nie mam prawa mówić mu, co jest słuszne.
Ja się
wycofałam. Od tamtej pory musiałam się ukrywać przed sługusami Suwerena, którzy
szukali moich słabych punktów. Nie mogli mnie zabić, ale nie mogli też pozwolić
żyć w spokoju.
Mój słaby
punkt właśnie wpatrywał się we mnie ze spokojem, szepcząc modlitwę pod nosem. Mój
słaby punkt miał zaraz zginąć, bo tak chciał Suweren.
– Nie –
nawet nie wiem, kiedy zaczęłam szlochać – proszę.
– Suweren
przesyła pozdrowienia.
– Pamiętaj,
by wybaczać – wyczytałam z ust Carlosa, które kilka sekund później wypełniły
się krwią. Jego oczy, już gasnące, wpatrywały się we mnie z niesamowitym
spokojem jak kiedyś, gdy za dziecka bawiłam się w jego ogrodzie na plebanii.
W tym całym
amoku nie mogłam się ruszyć.
Zabili go.
Zabili
mojego Carlosa.
Zabili
jedynego człowieka, który nigdy mnie nie osądzał.
Zabili moją
jedyną ostoję.
Oczy
błysnęły krwistą czerwienią.
Chwilę
później wszystko pochłonął ogień.
Oczy
ponownie błysnęły czernią. Głównego zabójcę chwyciłam za gardło i trzepnęłam
nim o podłogę jak szmacianą lalką. Głośny wrzask wydarł się z moich płuc, alter
ego pragnęło krwi, którą sama chciałam mieć na własnych rękach. Łamałam ich kości, deptałam bolące
rany, szarpałam skórę jak zwierzę.
Zemsta nie
uleczyła jednak mych ran. I nie przywróciła życia mojemu Carlosowi.
Alter ego
pochłonęło mnie doszczętnie i z Carmen nie zostało ani śladu.
Ani z Carmen, ani z Rachel. Płonęłam żywcem razem z barbarzyńcami.
Ale nie
zginęłam.
Sarif mnie odbudował. Był w końcu na miejscu,
widział, co się stało. Wypychając ich z budynku moją mocą, darowałam im życie,
ale nie pozwoliłam też na interwencję. W momencie, gdy nasze spojrzenia się
spotkały, ruszył razem ze swoją ekipą na pomoc. Płonęłam, czułam jak moja skóra
się topi. Dwie świadomości ścierały się ze sobą zażarcie, walcząc o życie. Ale
tylko Sarif spróbował mnie uratować.
Byłam w stanie krytycznym. Wbrew mojej woli
David zreperował ciało, wnętrzności i dał mi drugie życie. Stałam się pół-maszyną.
Nie chciałam zgodzić się na współpracę w zamian, a on chciał tylko tego. Mogłam również dać się zapuszkować, ale tego
zaś nie chciałam ja.
Tylko jeden człowiek przekonał mnie, bym
spróbowała, nie rezygnując z tej cholernej szmuglerki, której z całego serca
nienawidziłam, a która była moją jedyną alternatywą na jakieś-tam życie.
Od tamtego wypadku minęło sześć lat. Sześć
cholernych lat. W przeciągu tych sześciu lat nie zmieniło się zbyt wiele,
oprócz mojej współpracy z Sarifem. Nie napotkałam nigdzie Garrusa. Brat nigdy
więcej nie próbował mnie szukać. Nie podzielił się również swoją rzekomą stratą z nikim z mediów. Pokonawszy byłe widmo, Sarena, którego znałam osobiście kilka lat, a który teraz był trupem, i niszcząc Suwerena, maszynę, na którą od kilku lat szukałam sposobu, a przez którą straciłam Carlosa, John stał się legendą. Komandorem na
wielką skalę. Człowiekiem Zbawcą. A ja nadal byłam nikim.
Aż do dnia, w którym moje całe życie obróciło
się o trzysta sześćdziesiąt stopni. I z bycia nikim, nagle stałam się kimś
więcej.
*Klikając na imię czy nazwę, która wystąpiła po raz pierwszy w rozdziale (pogrubiona czcionka), zostaniecie przekierowani do szczegółowych opisów danej postaci lub miejsca (przy okazji zobaczycie jak wygląda). Z racji, że jest to tylko fanfiction, nie chcę też niepotrzebnie zanudzać Was zbędnymi opisami, stąd takie ułatwienie dla mnie i dla Was. Oczywiście, większość historii jest wymyślonych przeze mnie, w końcu był jeden Shepard, a nie dwóch, a Sarif nie miał nic do czynienia z uniwersum Mass Effect. Ba, nawet ktoś taki jak Carlos, czy rodzice Shepard nie występowali w oryginale!
Nie obrażę się, jeśli wyrazicie swoją opinię, bo nie piszę tego tylko dla siebie.
Pozdrawiam.
Rachel/Carmen to popieprzona świruska. Ngdy nie wiadomo co jej akurat szepcze do uszka, biedne Garrusiątko jeszcze mogła go uszkodzić.. Nie zniesłabym tego.. dziewczyna potrzebuje pomocy, bo jesli Johnny już pogodził sie z jej śmiercią a ona nadal trzyma do niego uraze za to (swoja droga, co za typowa baba, najpierw udaje swoja smierc a potem sie smiertelnie obraza ze nikt jej nie szuka) to nie wiem kto zająby sie nia, skoro ojczulek-ksiezulek nie żyje (a nawet zginął przez nią). ja tu wyczuwam akcję. i ja na tę akcję będę czekać. chyba że znowu zrobisz prywatnym tego bloga - wtedy znoowu bede musiala cie opieprzyc :D:D
OdpowiedzUsuńSama nie wie czego chce, może dlatego, że czuje się zraniona i niedoceniona, a może po prostu jest zazdrosna hahah :D
UsuńPISZĘ! Ale bez kitu, końcówka rozdziału mi nie idzie. Czym mnie! ><